Reklama
Towarzystwo
Inicjatyw Wydawniczych
w Radomiu
Poniedziałek 6 luty 2012
Bohdana, Doroty, Pawła
2010-08-27 13:53:00, autor: Anna Orzeł (adm.rk)
Zawsze jest duszą towarzystwa, ma wielkie poczucie humoru i dystans do siebie. W pracy potrafi rozładować atmosferę i załagodzić każdy konflikt. Lubią go koledzy - aktorzy, doceniają widzowie. Mowa o Zdzisławie Wardejnie, który nie tak dawno prezentował swój kunszt aktorski na deskach Teatru Powszechnego w Radomiu, w "Wujaszku Wani"
Jest pan nagradzany głównie za role teatralne, ale na koncie ma pan bardzo dużo ról filmowych. Debiutował pan chyba równolegle, w tym samym roku i w filmie, i w teatrze. To był 1961 rok?
- Tak, wtedy byłem jeszcze w szkole. Jako student debiutowałem u Barei w „Mężu swojej żony”.
Jak pan zapamiętał ten debiut? To było coś ważnego? Jakieś nowe doświadczenie?
- Nie. Wie pani grałem boya hotelowego (śmiech). Wchodziłem i mówiłem parę zdań, normalnie jak to student . To nie było nic ważnego. Ważne były tylko pieniądze, jakie mi za to zapłacili.
Czyżby podchodził pan do filmu, tak jak Jan Nowicki, który mówi, że „najważniejszy jest teatr, a w filmie gra tylko dla pieniędzy”?
- Coś w tym jest, Janek ma rację. W teatrze aktor styka się z żywym człowiekiem, następuje pewna identyfikacja, a w filmie to jest martwe oko kamery. Potem można to siebie obejrzeć na ekranie i jeszcze jest głupio kiedy ktoś mówi: „Ale świetnie zagrałeś w tym filmie”. A w filmie po prostu się jest, w filmie niewiele się gra. Prawdziwą przyjemność daje teatr. Czasem jak patrzę na tych amerykańskich aktorów filmowych, to myślę, że nie mają żadnej przyjemności z tego zawodu. Tylko wchodzą do baru, wiedzą jak się rozejrzeć, najpierw na lewo potem na prawo i mówią: „Drinka poproszę”. No i za dwa czy trzy miesiące to samo, w ogóle nie stykają się z publicznością. Krótko, ten ich zawód jest jakiś taki, no można powiedzieć... Aktor filmowy to jest trochę taką „prostytutką”.
Ale ludzie kochają pana na przykład za komediowe role filmowe. No przecież było takich filmów naprawdę sporo.
- No tak, to jest miłe, bo przecież ja daje przyjemność widzom, ale sam jej nie mam. Jak pani myśli, na czym to polega?
Praca ze znakomitymi reżyserami to nie jest przyjemność? Przecież pracował pan właśnie z takimi i to w filmie?
- Ale to jest bardziej na zasadzie towarzyskiej. Przyjemność to ja mam, rozmawiając z panią. Jeśli idzie o zawód, to tylko teatr daje satysfakcję obu stronom – widzowi i aktorowi. A jeżeli tylko aktor stwarza przyjemność widzowi, to jak to nazwiemy (śmiech)?
No, faktycznie. Sprawa jest dyskusyjna. Czy odmówił pan kiedyś roli filmowej, a potem żałował, bo kolega zagrał super i film był hitem?
- Na szczęście, tak się nie zdarzyło. Ale odmówiłem roli w paru filmach. Janek Nowicki potem to grał. „Czerwone Ciernie” taki chyba był tytuł tego filmu. Czytam scenariusz, a tam nie ma nic do zagrania. Jest tylko sama łopatologia. Jedyna dobra scena to taka, w której mnie nie było i odmówiłem. A tu dzieci miałem małe, gosposię, brak pieniędzy i scenariusz – takie dwie pięknie wydane książki. Ciągle gdzieś je wyrzucałem, a gosposia wyciągała i kładła na wierzchu, a mnie to tak złościło (śmiech). Raz, bo odmówiłem tych pieniędzy, a dwa, już nie chciałem o tym myśleć...
A czy, na którymś planie filmowym, pracowało się super, była świetna atmosfera?
- Oj, tak. I to ze względu na mój charakter. Zawsze staram się, żeby w pracy była super atmosfera i rzadko wspominam jakiś film, kiedy nie udaje mi się doprowadzić do tego, żeby na planie było wesoło i żebyśmy się nie denerwowali. Bo ja mówię: „Ludzie, ta praca ma być przyjemnością, nie jesteśmy chirurgami, nie jesteśmy architektami, żeby się tu wściekać i denerwować, że nasz jeden błąd będzie bardzo kosztowny”. To jest fajny zawód.
Skończył pan technikum energetyczne?
- Brawo! Wszystko się zgadza. Ma pani w domu jakieś popsute kaloryfery?
Nie (śmiech)... A potrafiłby pan jeszcze...?
- No, przecież (śmiech). Tym się szczycę!
Naprawdę? Taka „złota rączka” z pana?
- Nie, to nie jest złota rączka, tylko jeszcze pamiętam, jak ten obieg musi iść (śmiech). Takich rzeczy się nie zapomina.
Skoro był pan takim dobrym i pojętnym uczniem to co się stało, że zmienił pan plany o 180 stopni?
- Nie chciało mi się wstawać o 4 rano, żeby do elektrociepłowni, do pracy chodzić.
Ale na plan filmowy nieraz wcześniej się wstaje...
- Niestety, zawsze to sobie przypominam jak mnie skoro świt wiozą taksówką do pracy. Myślę wtedy, że zachciało mi się... No, ale nie mam tego codziennie (śmiech). Na szczęście!
No, w sumie tak. Czy ma pan jeszcze czas na jakieś pasje, na jakieś hobby, na coś tylko dla siebie ? Nie dla ludzi, nie dla widzów, nie dla teatru czy telewizji. Tylko po prostu egoistycznie dla siebie?
- Proszę bardzo! Co pani chce, jakie wybrać? Fizyczne czy umysłowe hobby?
Zaczniemy od umysłowych, będzie bezpieczniej...
- Bezpieczniej (śmiech)? Jestem bardzo ciekawy o czym pani teraz myśli (śmiech)...
Na razie jeszcze o niczym konkretnym. Najpierw posłucham, potem zobaczymy.
- Rzeczywiście, moją wielką pasją jest czytanie książek. Czytam kiedy tylko mogę. Zawsze na urlopie nadrabiam czytelnicze zaległości. Zwykle zabieram ze sobą mnóstwo książek i głównie im poświęcam czas. Często jest to taka literatura, którą trudno przeczytać w tej szybkości życia. Bo jednak nad książką trzeba się pochylić, skupić na niej całą swoją uwagę. Tak. To jest coś, co mnie naprawdę interesuje – książki.
A co z tężyzną fizyczną? Skoro już o tej fizyczności była mowa...
- No, a jednak (śmiech). Od początku pani do tego zmierzała, chciała do tego dojść...
A jednak, jestem ciekawa!
- Dobrze, co do tężyzny fizycznej, to będę panią po rozmowie próbował przekonać (śmiech)..., bo to można sprawdzić tylko i wyłącznie w praktyce.
Nie mogę się doczekać (śmiech)... To niech pan szybko mówi i już kończymy...
- No wie pani, lubię pływać, lubię jazdę na rowerze. Często w Warszawie do Teatru Rozmaitości dojeżdżałem rowerem. Zawsze kiedy mogę, to na niego wsiadam. Jak się da, to dojeżdżam tak do pracy. Wtedy czuję się młodo, bo młodzi aktorzy też tak się przemieszczają (śmiech)... Jeżdżę sobie po Warszawie, gdzie się da. Zimą obowiązkowo narty, a latem – pływanie. Takie są te moje przyjemności. Niestety, tej zimy nie byłem nigdzie na nartach. Dużo pracowałem, grałem w teatrze. To mnie trochę frustruje.
ZDZISŁAW WARDEJN
Ma 70 lat. Polski aktor teatralny i filmowy.
Uczestnik poznańskiego czerwca 1956, omyłkowo umieszczony na liście śmiertelnych ofiar rozruchów.
Jego żoną jest Małgorzata Pritulak, mają synów Przemysława i Franciszka.
Dodaj komentarz:
Towarzystwo Inicjatyw Wydawniczych w Radomiu, Tygodnik Radomski, 26-600 Radom, ul. Żeromskiego 75
Wdrożenie, opieka techniczna: www.zaginionestudio.pl