Reklama
Towarzystwo
Inicjatyw Wydawniczych
w Radomiu
Poniedziałek 6 luty 2012
Bohdana, Doroty, Pawła
2010-08-10 20:44:00, autor: Anna Orzeł, fot. Grzegorz Stępień
Doceniają go widzowie i krytycy. Na koncie ma mnóstwo nagród. Uznawany jest za klasyka i wielki autorytet, a wciąż pozostaje niezwykle skromnym i sympatycznym człowiekiem. Taki właśnie jest Andrzej Wajda - światowej sławy reżyser i... honorowy obywatel Radomia.
Rok 1990-Felix za całokształt twórczości, to europejska nagroda. Osiem lat później „Złote Lwy” - powód ten sam, no i Oscar. Co pan czuł tam na scenie, odbierając statuetkę z rąk Jane Fondy. Czy to się da w ogóle z czymś porównać? Jakie to emocje?
- Nie. Powiem pani tak. Tu nie chodzi o emocje, chodzi o to, że nie chciałbym być artystą, reżyserem filmowym, który się żegna, że tak powiem tym sposobem ze swoimi widzami, żegna się z pracą. Ciągle mi się wydaję, że mogę zrobić jeszcze jakiś film, poszukuję w dalszym ciągu scenariusza, myślę o tym, żeby zrobić film współczesny. Ale patrzę z wielką uwagą i nadzieją na młodzież. Także i oni w jakiś sposób mnie mobilizują do tego, żeby zrobić film współczesny.
Przeczytałam taką opinię Andrzeja Żuławskiego, nie wiem czy pan się z nią spotkał. Wymienił nazwiska Andrzeja Wajdy i Jerzego Kawalerowicza, stwierdzając, że panowie chcą opowiadać, ale już nie mają w zasadzie nic do powiedzenia. Czy jest panu przykro jak pan to słyszy? Czy jest pan odporny?
- Odpowiem krótko. Nigdy nie czytałem i nie wiem w ogóle o tym. Ja chcę widzieć Andrzeja Żuławskiego jako młodego chłopca, który jest moim asystentem, który jest pełen entuzjazmu, nie ma w sobie żadnej goryczy ani nie ma żadnej, że tak powiem, niechęci do świata. Chce go pamiętać tak, jak wtedy kiedy pracowaliśmy razem przy „Popiołach” i kiedy entuzjazmowaliśmy się jako młodzi ludzie kinem. Dalsze przygody mnie nie interesują.
Czyli mam nadzieję, że ma pan plany, że będziemy oglądać pańskie filmy?
- Myślę o tym. Może jeszcze za wcześnie, by o tym mówić, ale jest kilka projektów, kilku scenarzystów pracuje dla mnie. Nie będę ich demaskował na razie, bo zobaczymy jak się to powiedzie, ale myślę o filmie właśnie. Bardziej myślę o filmie niż o teatrze telewizji
i bardziej myślę o filmie niż o teatrze.
A skąd miłość do kultury japońskiej. Uczył się pan w ogóle kiedyś japońskiego? Może chociaż pan próbował?
- (Śmiech) Nie, nie próbowałem. To raczej nie były moje idee. Wiedziałem zawsze, że artysta w Polsce ma jakieś obowiązki społeczne. Nie żyje tylko swoim własnym życiem, ale ma też jakieś obowiązki i w momencie kiedy dostałem dużą nagrodę – 450 tysięcy dolarów w Kioto – to pomyślałem, że jeżeli w Krakowie był taki kolekcjoner, który za swoje pieniądze zebrał olbrzymie zbiory sztuki japońskiej, to musi znaleźć się ktoś, kto z kolei w pewnym momencie wybuduje miejsce dla tych zbiorów. Ja uważam, że taka powinna być kolejność rzeczy. No, bez Krystyny Zachwatowicz, mojej żony, która ma energię prawdziwie wulkaniczną, nie udałoby się to. Ale my we dwójkę potrafiliśmy jednak zmobilizować dostateczną ilość osób i środków, żeby doszło to do skutku. To jest tylko zależne od tego, czy jest ta desperacja, żeby to przeprowadzić i czy jest wyobraźnia.
Znakomicie pan wygląda. Mam nadzieję, że i pańskie serce dobrze się miewa?
- Tak, znakomicie. Muszę powiedzieć, że po wspaniałej operacji, którą jakiś czas temu zrobił mi profesor Bochenek w Katowicach, naprawdę odżyłem. Czuję się dobrze i pełen energii, jak pani widzi.
Jest pan klasą sam dla siebie. Jak często ludzie mówią: „ mistrzu ” - to miłe?
- No, ale wie pani, że jak miałem trzydzieści lat..., trzydzieści - tak dobrze mówię - to pojechałem do Belgradu, żeby robić tam film. Już wtedy moi przyjaciele jugosłowiańscy mówili do mnie: „Oooo, przyjechał stary klasyk” (śmiech). Także dla mnie to jest miłe, ale myślę, że w Polsce istnieje taka bardzo sympatyczna forma zwracania się i wszyscy mówią mi po imieniu: „Panie Andrzeju”. Np. taksówkarze tak się do mnie zwracają... Tak. Wydaję mi się, że to jest najładniejsza forma.
Niektórzy uważają, że to jest spoufalanie się?
- Powiem pani, że w języku polskim to brzmi dobrze, to brzmi ładnie.
Po co panu polityka? W 1980 roku został pan członkiem Solidarności. Później doradzał pan Lechowi Wałęsie. Był pan senatorem...
- To jest bardzo prosta sprawa. Była wtedy taka potrzeba, żeby ludzie, którzy mieli znane nazwiska wystartowali w wyborach. Dlatego że Solidarność nie miała ani telewizji, ani prasy. Przecież „Gazeta Wyborcza” nazywa się „Gazetą Wyborczą”, ponieważ powstała z powodu wyborów i wszyscy uważali, że po nich przestanie istnieć. Nie mieliśmy dostępu do telewizji, w związku z tym myślę, że rozsądnym było, żeby wysunąć w różnych miejscach kandydatów, którzy mieli znane nazwiska. Pojechałem do Suwałk, co prawda, w Suwałkach nie byłem całe lata (śmiech), ale wszyscy znali moje nazwisko, bo ja na to nazwisko pracowałem. W związku z tym, ci którzy głosowali wiedzieli na kogo głosują. To był dobry chwyt, bez względu na to, jak go później oceniono. My, że tak powiem, odegraliśmy tę rolę, jak potrzeba. W końcu rząd Tadeusza Mazowieckiego i plan Balcerowicza to były kroki, które doprowadziły nas do sytuacji, w której w tej chwili się znajdujemy.
Widziałam napisany przez pana list, napisany piórem. Pięknie pan pisze. Uczył się pan kaligrafii?
- Nie, po prostu piszę piórem, dlatego że nie piszę na maszynie. Nie używam też komputera. Jestem jednym z ostatnich „mamutów” , piszących wiecznym piórem i to mi sprawia przyjemność. Uważam, że korespondencja powinna, niezależnie od słów, mieć też odpowiednią formę graficzną, bo ona również coś oznacza.
To jest jakieś specjalne pióro? Może pan je otrzymał od kogoś dla pana ważnego?
- Ostatnie zgubiłem. To było pióro „Mont Blanc”, które dostałem od Krystyny. Niestety, zostawiłem je w taksówce w Krakowie. Także, w tej chwili mam inne pióro. Dostałem je od Krzysztofa Ingardena, który jest jednym ze współtwórców „Centrum Mangai”. To jest tak zwane „pióro architekta”. Ale też dobrze pisze. Grubo. To są takie moje trofea.
ANDRZEJ WAJDA
Ma 84 lata. Polski reżyser filmowy i teatralny, współtwórca polskiej szkoły filmowej, laureat honorowego Oskara, senator I kadencji w latach 1989-1991.
Był czterokrotnie żonaty, w tym z aktorką Beatą Tyszkiewicz, z którą ma córkę Karolinę. Obecnie jest mężem Krystyny Zachwatowicz, scenografa teatralnego i filmowego, projektantki kostiumów i również aktorki.
Jest honorowym obywatelem Radomia.
Dodaj komentarz:
Towarzystwo Inicjatyw Wydawniczych w Radomiu, Tygodnik Radomski, 26-600 Radom, ul. Żeromskiego 75
Wdrożenie, opieka techniczna: www.zaginionestudio.pl