Reklama

publicystyka, repotraże

pozostale wiadomosci

"Tygodnik Radomski" bardzo proszę...

2012-02-15 15:30:00, autor: Adam Mosionek

Panią Krystynę Kobzę kojarzy chyba każdy radomianin. To najstarsza stażem kolporterka gazet na terenie miasta. Wśród różnych tytułów roznosi także „Tygodnik Radomski”. Jej przygoda z rynkiem prasy rozpoczęła się przed siedmioma laty, ale wszystko zaczęło się od truskawek…

- Pierwszą gazetą, którą sprzedawałam na ulicy było radomskie wydanie „Życia Warszawy” – opowiada pani Krystyna. - Akurat straciłam zajęcie i poszukiwałam pracy. Wtedy to zobaczyłam młodą dziewczynę, która sprzedawała gazety. Podeszłam do niej i zapytałam gdzie jest redakcja. Aby dostać pracę musiałam w ciągu pierwszego dnia sprzedać 10 gazet. Sprzedałam ich około 40 i zostałam przyjęta na umowę zlecenie.

Złota metoda

Mimo, że wynik był świetny, pani Krystyna pamięta, że pierwszy dzień był dla niej bardzo trudny. Nie wiedziała co zrobić, aby przekonać do siebie klientów. Kiedy jednak została zatrudniona szybko wypracowała sobie sposób sprawnej sprzedaży. Musiała, bo tylko to zapewniało jej dochody. Jej wynagrodzenie stanowiło 50% wartości sprzedanych gazet. - Zastanawiałam się, jak przekonać ludzi, by kupowali ode mnie gazetę - mówi kobieta. - Wymyśliłam, że po podejściu do klienta będę dla niego bardzo miła, tak aby był zadowolony z samej rozmowy ze mną. Jeśli przekonam go do siebie, uda mi się sprzedać gazetę. Uważałam, że jeśli klient nie chce kupić gazety, to nie mogę wciskać mu jej na siłę. Wiedziałam, że nie mogę być ani nachalna, ani natarczywa. Widziałam jak inni kolporterzy okazywali niezadowolenie kiedy klient od nich odchodził. Ja natomiast zachowywałam się inaczej. Nawet jeśli przechodzień nic ode mnie nie kupił, uśmiechałam się do niego i zachęcałam go do zakupu następnym razem.

Metoda, którą wymyśliła sobie pani Krystyna szybko się sprawdziła. Kobieta dziennie sprzedawała po 100 gazet dziennie. Była tak uparta, że ostatnie sztuki schodziły jej nawet około godz. 22.

Zaczęło się od truskawek

Tak naprawdę jednak dryg do handlu pani Krystyna odkryła w sobie jeszcze jako młoda dziewczyna dzięki… teściowej, która na wsi uprawiała truskawki. - Pewnego dnia teściowa przyjechała do Radomia sprzedawać truskawki, a ja miałam jej w tym pomagać - opowiada. - Ona stanęła pod domem towarowym, a ja po drugiej stronie ulicy. W pewnym momencie ja już truskawek nie miałam, a teściowa nie sprzedała nawet połowy.

- Jak pani to zrobiła? - pytamy. - Zanim zaczęłam sprzedawać, zastanowiłam się co zrobić, aby ta sprzedaż w ogóle się udała. Wymyśliłam, że każdą klientkę, która do mnie podejdzie ładnie i uprzejmie przywitam, pokażę jej łubiankę truskawek i pozwolę spróbować. Mówiłam, że owoce dopiero co zostały zerwane z krzaczka i pytałam czy mam je przesypać do siatki. Po spróbowaniu, niemal każda bardzo chętnie się zgadzała i mało która odeszła ode mnie bez truskawek.

Sprzedaż owoców była jednak tylko drobnym epizodem w życiu pani Krystyny. Przez wiele lat kobieta pracowała jako pomoc kuchenna w stołówce PSS. Straciła jednak pracę kiedy stołówka została zlikwidowana. Bardzo jednak chciała zostać w zawodzie związanym z kulinariami.

Proroczy sen o pączkach

- Moja babcia przed śmiercią powiedziała mi, że będzie się za mnie modlić żebym była bogata. Kiedy zmarła przyśniły mi się pączki i od razu skojarzyłam to ze słowami babci - opowiada pani Krystyna. - Postanowiłam sprzedawać pączki. Ale najlepsze było to, że nie potrafiłam ich wcale robić. Nie miałam nawet żadnego przepisu. Metodą prób i błędów doszłam do wspaniałej receptury. Moje pączki były tak smaczne, że ludzie przyjeżdżający do Radomia z innych miast mówili, że gdy są w naszym mieście muszą zawsze kupić ode mnie pączka.

Działalność ta była jednak na niewielką skalę. Pani Krystyna wypiekała w domu około 30 pączków dziennie i sprzedawała je w tunelu radomskiego dworca. - Niestety chyba jednak źle zinterpretowałam sen po śmierci babci, bo okazało się, że szybko muszę zwijać „pączkowy interes”. Wykosiła mnie konkurencja. Obok mnie stanęli inni sprzedawcy pączków, którzy obniżyli cenę do 50 groszy. Mnie by się to nie opłacało, bo nie miałam dużej produkcji.

Po przygodzie z wypiekami pani Krystyna wiedziała jednak, że musi pozostać w handlu. Klienci nie tylko chwalili wyroby, ale także samą sprzedawczynię, która zawsze z nimi miło gawędziła. - Pamiętam, że kiedyś pewien biznesmen z  Warszawy powiedział mi nawet, że mam taki dryg do handlu, że powinnam sprzedawać samochody…

W redakcji tygodnika

I właśnie wtedy pani Krystyna spotkała ową młodą dziewczynę, która na ulicy sprzedawała „Życie Warszawy”. Sprzedaż prasy pani Krystynie szła świetnie. Jej jedynym problemem było to, że nie dostawała tak wiele gazet, ile byłaby w stanie sprzedać, ponieważ taki był nadział na Radom. Wtedy kobieta zapytała w redakcji, czy mogłaby sprzedawać przy okazji także i inne gazety. Nie mieli nic przeciwko. Tak trafiła do redakcji „Tygodnika Radomskiego”. - Tu spotkałam się z wielką życzliwością. Poznałam wtedy ówczesnego redaktora naczelnego, bardzo sympatycznego pana Mieczysława Kacę, jego zastępczynię przemiłą panią Mariolę Zając i pana, panie Adamie - mówi pani Krystyna zwracając się do autora tego artykułu. - Współpraca od początku układała się świetnie. Zabierałam z redakcji po 100 gazet i wszystko sprzedawałam. Pamiętam, że ludzie bardzo czekali na „Tygodnik Radomski”, bo w przeciwieństwie do „Życia Warszawy” wychodził on tylko raz na tydzień.

Po tym jak „Życie Warszawy” w Radomiu upadało, pani Krystyna postanowiła znowu zmienić zajęcie. Tym razem zaczęła roznosić ulotki. To jednak ponownie nie trwało długo, bo kiedy nadszedł kryzys finansowy, firmy przystopowały z reklamą i ulotek do roznoszenia było coraz mniej. - Znalazłam się w naprawdę trudnej sytuacji. Szukałam pracy, było mi ciężko. I wtedy zupełnym przypadkiem pod redakcją „Tygodnika” spotkałam pana - mówi pani Krystyna, ponownie zwracając się do autora. - Kiedy zaczęłam się żalić na trudną sytuację powiedział mi pan, że tygodnik właśnie został gazetą bezpłatną i poszukuje kolporterów. Od razu weszłam na górę do redakcji. Po krótkiej rozmowie zostałam przyjęta. Od tamtej pory, co tydzień, roznoszę „Tygodnik Radomski” po ulicach, sklepach, lokalach, bankach i innych instytucjach. Ludzie chętnie biorą ode mnie gazetę, bo jeszcze pamiętają mnie z dawnej działalności…

Bez syna ani rusz!

Pisząc o pani Krystynie trudno nie wspomnieć o jej synu Mariuszu, który od wielu lat pomaga mamie podczas pracy. Kiedy po skończeniu szkoły nie mógł znaleźć pracy zaczął pomagać pani Krystynie już przy sprzedaży pączków. - Potem bardzo pomagał mi przy gazetach, dźwigał i nosił…- chwali syna pani Krystyna. - Zwłaszcza różne dodatki do gazet, często ciężkie książki. Bez niego nie radziłabym sobie tak dobrze, na pewno schodziłoby mi dużo dłużej.
Pytamy kobietę jak radzi sobie w tym niełatwym przecież zajęciu. - Bardzo dobrze - odpowiada. - Na ból nóg nie narzekam, bo wytrenowałam się  na ulotkach, kiedy roznosiłam je w wieżowcach po wszystkich klatkach. Poza tym biegam codziennie po Ustroniu, gdzie mieszkam. Dzięki temu utrzymuję kondycję i pozbyłam się nawet bólu kręgosłupa.

W mrozy, upały czy pluchę…

Pani Krystyna nie narzeka także na pogodę. W mrozy ubiera się „na cebulkę”, a stały ruch nie pozwala jej zmarznąć. - Już się zahartowałam. Czasami padał śnieg z deszczem, miałam mokro w butach, w kieszeniach wodę i nic mi nie było. W upały natomiast chodzę zawsze po ocienionej stronie i dużo piję - opowiada. - Często słyszę jak ludzie w Radomiu narzekają na bezrobocie. Uważam, że jeśli nie będziemy się starać o jakąkolwiek pracę, to nic nie będziemy mieli. Trzeba się nie poddawać i nigdy nie gardzić żadnym zajęciem…

komentarze Czytelników (2)

2012-05-13 15:15:00 Monika

zapraszam tu http://zdrowieducha.pl/index.html

2012-02-17 19:05:00 czytelnik

Nie pisze się nadział na Radom, tylko przydział. Brak stylu panie redaktorze.

Dodaj komentarz:


max: 500 znaków
ilość: 0 znaków

Towarzystwo Inicjatyw Wydawniczych w Radomiu, Tygodnik Radomski, 26-600 Radom, ul. Żeromskiego 75

Wdrożenie, opieka techniczna: www.zaginionestudio.pl