Reklama
Towarzystwo
Inicjatyw Wydawniczych
w Radomiu
Piątek 18 maja 2012
Eryka, Aleksandry, Feliksa
2011-10-17 07:56:00, autor: Marek Mioduszewski
Tomasz Kot, rocznik 1977, aktor. Zadebiutował na dużym ekranie rolą Ryszarda Riedla w filmie „Skazany na bluesa” Jana Kidawy – Błońskiego. Po wielu rolach teatralnych, filmowych i telewizyjnych zagrał ponownie u Kidawy – Błońskiego, w kręconym między innymi w Radomiu, filmie „Nigdy się nie dowiesz”
Jaka jest, pana zdaniem, kondycja polskich aktorów i kondycja polskiego filmu?
Niedawno usłyszałem taką opinię dotyczącą polskiej piłki nożnej: piłkarze mogą się nawet bardzo starać, biegać i strzelać niezliczoną ilość goli, ale generalnie rzecz biorąc to liga jest słaba. Wydaje mi się, że z kondycją tak polskiego filmu jak i polskich aktorów jest jakoś podobnie. Jak jest ciekawy scenariusz, jest reżyser który ma koncept, wie czego chce, to dobierając dobrych aktorów zrobi fajny film. I czasem mimo tego, że warunki pracy są ciężkie i niewielki budżet, jak to było w przypadku filmu „Erratum”, film jest dostrzegany, jeździ na festiwale i zdobywa nagrody. Aktorów w Polsce też znalazłoby się grono dobrych i bardzo dobrych. Takich, którzy są w stanie sprostać zadaniom i unieść role. Tylko ta kondycja filmu... Odnoszę wrażenie, że żyjemy w takim okresie, w którym światem filmu zawładnęła komercja. Rynek filmowy głównie rządzi się prawami biznesowymi i wszystko opiera się na zasadzie „to się musi zwrócić”. Stąd, z powodu pewnej asekuracji, pewniejsze jest nakręcenie komedii, bo być może pójdzie na nią ileś tam osób i produkcja się zwróci, a może jeszcze nawet się zarobi. Coraz mniej opłaca robić się coś innego, co odbiega od normy.
Polskim filmem zawładnął pieniądz?
Aż tak bym nie generalizował, bo powstają przecież filmy ambitne, ale... Raz jeszcze wrócę do filmu „Erratum” Marka Lechkiego, w którym zagrałem. Przez dwa lata trwały poszukiwania dystrybutora, bo włożenie pieniędzy w rozreklamowanie takiego niekomercyjnego filmu było pewnie w ocenie branży zbyt dużym ryzykiem. Na szczęście pieniądze się znalazły.
(Film „Erratum” został uznany przez krytyków za najlepszy filmowy debiut minionego roku i największe odkrycie 35 Festiwalu w Gdyni. Film zdobył wiele nagród na międzynarodowych festiwalach miedzy innymi w Chicago, Salonikach i Pusan, a Tomasz Kot grający w nim główna rolę, stworzył rewelacyjną aktorską kreację. Przypisek autora.)
Czy tę komercję widać także w propozycjach, które pan otrzymuje?
Ciężko to ocenić, bo w moim przypadku jest to zaledwie kilka lat, ale za to niesłychanie intensywnych. Zamieszkałem w Warszawie w 2004 roku, od 2005 roku zacząłem pojawiać się w telewizji. Jestem więc, jak czasem żartuję, pod koniec początku. Ale to wszystko procentuje, czuję się pewnie przychodząc na plan, bo z większością osób pracowałem już przy poprzednich realizacjach, wiele się najzwyczajniej przez te lata nauczyłem. Zauważam też ostatnio pewną prawidłowość związaną z popularnością. Im bardziej jestem rozpoznawalny, tym więcej otrzymuję dziwnych propozycji typu: przyjedź na dzień lub dwa, a my wokół tego rozkręcimy promocję... Raz czy dwa razy dałem się w cos takiego „wpuścić” i teraz już unikam takich komercyjnych „min”.
Jeżeli rozmawiamy już o propozycjach, to ostatnio w tych sprawach trochę chcę zawrócić bieg rzeki, którą płynę. Z tego powodu odrzucam sporo propozycji komediowych. Ale tu też robię czasem wyjątki, jeżeli propozycja jest rzeczywiście ciekawa. Tak zdarzyło się w przypadku filmu „Wyjazd integracyjny”, bo zainteresował mnie scenariusz napisany przez pracowników wielkich korporacji, którzy pisali go w oparciu o własne doświadczenia. To nawet nie jest bronienie się przed zaszufladkowaniem w roli wesołka, bo „Skazany na bluesa” jakoś mnie przed tym ratował. Potem sam się dziwiłem tym komediowym propozycjom, które dostawałem bo w szkole teatralnej wcale taki komediowy nie byłem. Te propozycje jakoś tak jedna po drugiej przychodziły, a ponieważ było to wtedy coś nowego, to postanowiłem spróbować. Teraz jednak, przynajmniej przez jakiś czas, będę takie propozycje odrzucać. Wymaga to trochę wysiłku, trochę też ryzykuję, ale taka konsekwencja przynosi efekty jak choćby „Erratum”, teraz film Kidawy – Błońskiego, czy sensacyjno - obyczajowy film „Yuma” w reżyserii Piotra Mularuka. Jak z tego widać warto zaryzykować.
Mówiliśmy o aktorskiej rozpoznawalności. Taką rozpoznawalność najszybciej osiąga się dzięki udziałowi w telewizyjnych serialach.
Tak, bez wątpienia, tak.
Zagrał pan miedzy innymi w serialach „Camera Café” i „Niania”, ale mnie najbardziej zapadł w pamięć Grzegorz Pardubicki w serialu „Stacja”.
Tak, to bardzo ciekawa historia. Jurek Bogajewicz, bardzo kolorowy i kreatywny reżyser który wymyślił „Stację”, zaproponował nam udział w niezwykłym projekcie: Nie ma budżetu, ale jest za to dostęp do studia TVN Warszawa, można by zrobić coś fajnego... Ponieważ bardzo się przyjaźnię z Wojtkiem Mecwaldowskim i mamy taką szczególną zdolność porozumiewania się na planie, więc do kompletu zaproponowałem także „Mecka”. Zasada była taka: nie ma scenariusza, wchodzimy do studia i jesteśmy rejestrowani przez kamery, improwizujemy. Zdarzało się, że przez dwie godziny nie wydarzało się nic śmiesznego, ale potem jeden drugiego nakręcał i było śmiesznie. Powstały tylko cztery odcinki i szkoda, że nikt nie chciał tego kontynuować, bo to było tylko takie spotkanie na trzy weekendy. Może to wynika z tego, że komuś przeszkadzał taki właśnie sposób pracy na planie telewizyjnym, bez konieczności udziału w produkcji scenarzysty i wielu innych tzw. pionów produkcyjnych. Mamy pomysł, żeby razem z Wojtkiem kontynuować to już na własną rękę, uruchamiając swoją stronę internetową. Wydaje mi się, że żyjemy w takich czasach, w których trzeba przejmować inicjatywę i starać się robić wiele różnych rzeczy.
Nie ciagnie pana reżyseria?
A wie pan, że zaproponowano mi niedawno reżyserowanie etiudy filmowej? Dostałem także propozycję współpracy przy pisaniu scenariusza. Bardzo mnie cieszy, że oprócz aktorstwa, które jest, co by o tym nie mówić, odtwórcze, dostaję także propozycje dające duże możliwości kreacji.
To jak spełnienie zawodowych marzeń.
Zawodowe marzenia... Nauczyłem się myśleć o rzeczywistości poprzez pryzmat tego, co robię w tym momencie i to jest dla mnie najważniejsze. Taka deklaracja może brzmi banalnie, ale za tym idzie jakaś głębsza historia. Bo takie życie „na za chwilę”, albo „zaraz spotka mnie coś dobrego”, wydaje mi się trochę bez sensu. Z drugiej strony ciągle spotykam koleżanki i kolegów ze szkoły teatralnej, z którymi byłem na jednym roku i którzy są bezrobotni. Można powiedzieć, że mnie się udało, bo w sensie zawodowym i nie tylko, dostałem bardzo wiele naraz, dlatego te moje zawodowe marzenia inaczej wyglądają. Chciałbym grać fajne role, to wszystko.
To porozmawiajmy w takim razie o planach.
Te najbliższe to oczywiście „Nigdy się nie dowiesz”, w reżyserii Jana Kidawy – Błońskiego. Poza tym współpracuję przy pisaniu scenariusza do serialu, ale na razie nie wolno mi zdradzać żadnych szczegółów. Niebawem rozpocznę pracę na planie filmu fabularnego „Żegnaj”, który będzie kręcony w Krakowie. Zapowiada mi się także współpraca z Patrykiem Vegą i będzie to kolejny film sensacyjny po „Yumie”. Wygląda na to, że w najbliższym czasie uda mi się zawodowo pokazać od nieco innej strony niż dotychczas.
Dodaj komentarz:
Towarzystwo Inicjatyw Wydawniczych w Radomiu, Tygodnik Radomski, 26-600 Radom, ul. Żeromskiego 75
Wdrożenie, opieka techniczna: www.zaginionestudio.pl