Reklama

publicystyka, repotraże

pozostale wiadomosci

Radom chyba sobie wywróżyłam

2011-09-30 10:26:00, autor: Rozmawiała Klaudia Kornacka

W Radomiu spełniło się jej marzenie - gra w teatrze, śpiewa, tańczy. Miała zostać nauczycielką, ale jej życie potoczyło się inaczej. Czy może raczej - pokierowała inaczej swoim życiem. Teraz spełnia się zawodowo, odkrywa swoją kulturę i korzenie, o których dowiedziała się zaledwie kilka lat temu. O swoich poszukiwaniach, wrażeniu, jakie wywarł na niej Radom oraz swoim żywiole, jakim jest gra na scenie opowiada Patrycja Zywert, aktorka Teatru Powszechnego im. Jana Kochanowskiego.

Fot. Krzysztof Prałat

-Na początku chyba niezbyt dobrze Pani się czuła w Radomiu. Czy coś się zmieniło? 
-Chyba Panią zaskoczę...Pamiętam pierwszy moment, kiedy przyjechałam do Radomia, wtedy jeszcze na rozmowę z poprzednim dyrektorem. Wysiadłam z pociągu, pogoda była paskudna, a do tego okolice dworca PKP. I proszę mi wierzyć, że poczułam się tu naprawdę dobrze, poczułam, że jest tu po prostu fajnie, mimo takich widoków. Poczułam tu atmosferę małego miasteczka, z jakiego sama pochodzę, a co bardzo sobie cenię. To było około 6 lat temu, może nieco ponad 6.   
-Czy przez ten czas zmienił się Pani stosunek do miasta? Poznała je Pani bardziej? 
-Tak naprawdę niewiele, ponieważ moje życie tutaj zamyka się między dom i teatr. Doszli nowi znajomi, ale to nadal nie wykracza poza najbliższą okolicę i w sensie przestrzeni, i w sensie towarzystwa. Ale dobrze mi z tym.  
-Miała być Pani nauczycielką... 
-Zgadza się, zostałam nią, zaczęłam pracę w szkole, jednak po trzech latach świadomie zrezygnowałam czując, że to nie jest dla mnie. Owszem, sama praca z dziećmi tak, ale ta cała masa papierkowej roboty... Teatr zawsze mnie pociągał, byłam wtedy jednocześnie w Szkole Aktorskiej, więc powiedziałam dyrektorowi szkoły, w której pracowałam, że po prostu odchodzę, ponieważ dostałam pracę w teatrze w...Radomiu. W rzeczywistości z Radomiem nie miałam jeszcze nic wspólnego. Absolutnie nic. Przysięgam. Moim kontaktem z tym miastem było tylko cv wysłane do teatru, zresztą tak jak do kilku innych. Chyba po prostu sobie ten Radom wywróżyłam. "Oby Ci się marzenia spełniły!" - ale w tym przypadku akurat dobrze, że to marzenie się spełniło. Cały czas się spełnia.  
-To co w ogóle Panią podkusiło, żeby iść na padagogikę? 
-Pewnie po troszę porady mojej mamy, żeby wybrać tzw. normalny zawód. Pewnie wynikało to jeszcze z faktu, że moja mama śpiewała długie lata, była związana ze sceną. Odradzała więc mówiąc, że to ciężki kawałek chleba, żebym się dobrze zastanowiła. Ja jednak wybrałam. I w tym moim wyborze rodzice cały czas mnie wspierają. Cieszę się natomiast z moich studiów pedagogicznych, z przyjaźni, które przetrwały do dziś. Myślę zresztą, że takie studia są potrzebne każdemu, niezależnie od tego czy chciałby wybrać sobie uczelnię artystyczną czy nie.  
-Wtedy już Pani grała? 
-Tak, grałam już na drugim roku studiów aktorskich. Scena cały czas była obecna, bo najpierw była warszawska Stara Prochownia, gdzie zadebiutowałam w 2002 roku, potem było gościnne granie w Teatrze Nowym w Łodzi za dyrekcji Jerzego Zelnika, a potem przyszła kolej na Radom.  
-A ten pierwszy spektakl, w którym Pani zagrała? 
-To były "Gry Adama" Radosława Figury w jego reżyserii. Na Radka trafiłam w szkole przy okazji warsztatów i obozu teatralnego. Tak mu się spodobała współpraca ze mną, że zaprosił mnie do kolejnej. Stąd Stara Prochownia, stąd "Gry Adama", potem kolejny spektakl na Scenie Współczesnej Starej Prochowni. Tym razem muzyczny: "Odlot w czasie, czyli historia ostatnego tysiąclecia w ciągu 70 minut". Faktycznie, 70 minut na scenie, dwóch doświadczonych kolegów i ja - świeżynka, do zagrania kilkanaście przeróżnych postaci,co chwila zmiana kostiumu. Podróżowaliśmy przez tysiąclecie od ery Wikingów, Kolumba, Joanny D'Arc, przez czasy Sarmatów, postaci z Trylogii do epoki komputerów i lotów w kosmos.  
-Od jakiegoś czasu jest Pani zaangażowana w promowanie kultury żydowskiej, śpiewa Pani piosenki...czy jest to w jakiś sposób umotywowane? 
-Po prostu wróciłam do korzeni, co się zaczęło w moim życiu dosyć późno, bo odkryłam je mając 24 lata. Jestem związana ze środowiskiem żydowskim, należę do Postępowej Społeczności Żydowskiej Beit Kraków. Sporo działamy poprzez sztukę, oczywiście także teatr. W naszym repertuarze mamy spektakle, na które bardzo serdecznie zapraszam, jeżeli mieliby Państwo okazję przyjechać do Krakowa, bo głównie tam gramy. Szczególnie na spektakl "Tajemnice mojej babci". Powstał on ze szczątków wspomnień, rzeczywistych historii członków naszej społeczności a propos tożsamości polskiej, żydowskiej. Stąd m.in. śpiewanie po żydowsku, ale myślę, że tak czy inaczej przywędrowałoby to do mnie, bo ta piękna muzyka porusza we mnie najczulsze struny. Co więcej, mnie się marzy, co się chyba powoli staje, odradzanie języka jidysz, o którym przez długie lata po wojnie mówiło się, że jest martwy. To nieprawda.  
-A zna Pani ten język? 
-Troszeczkę. Ciągle go poznaję, ale tak naprawdę naukę jidysz zaczęłam właśnie od piosenek. Zapisałam się najpierw do chóru żydowskiego Clil (hebr. dźwięk), w którym byłam prawie od początku jego powstania w 2003 r., nagrałam z nimi pierwszą płytę. Cudny czas.  
-Najpierw dowiedziała się Pani o swoich korzeniach i potem zaczęła się ta muzyka, śpiewanie w tym języku? 
-Śpiewanie było od zawsze, ale jeśli chodzi o muzykę żydowską to tak, przyszła później. Cały czas zresztą odkrywam tę kulturę, poznaję, uczę się. Kultura jidysz,  jak cała kultura żydowska, jest bardzo bogata, więc jeszcze sporo przede mną. Chciałabym także nauczyć się dobrze języka hebrajskiego.   
-W jaki sposób dowiedziała się Pani o swoich korzeniach? 
-Przez przypadek. Wygadał się ktoś, kto był święcie przekonany, że ja o tym wiem.  
-Zagrała Pani w "Tajemnicach mojej babci". Jak to wyglądało? 
-Jedną z artystycznych form działania naszej społeczności Beit Kraków jest tzw Teatr Midraszowy, który prowadzi nasza rabinka Tania Segal. "Tajemnice mojej babci" to dwie aktorki na scenie, dwie przenikające się tożsamości, polska i żydowska. Poza tym muzyka na żywo, fantastyczny Boris Malkovsky(akordeon, piano). Nastąpujące po sobie monologi to opowiedziane nam prawdziwe historie członków naszej społeczności. Opierając się na tym, co wiedziałyśmy improwizowałyśmy, poprzez co docierałyśmy do tego, co ostatecznie mówimy na scenie. Wśród tych historii jest też moja własna.  
-Ciężko się gra siebie? 
-Dziwnie. To trudno określić, trudno powiedzieć, że gram siebie, po prostu opowiadam o moim życiu, kawałku historii, dzielę się tym z innymi.  
-Więc może nie 'gram siebie' ale 'gram o sobie'? 
-Trochę tak. Dziwnie, bo nie do końca czuję, że coś gram, że to scena. Bardziej coś opowiadam, odkrywam się. To delikatka i osobista sprawa. Można 'zagrać o sobie', ale jeszcze do tego zachować dystans, tak, żeby widza zatrzymać na te kilka milimetrów od siebie. Jest to możliwe, ale trudne, żeby z kolei nie zgubić napięcia, prawdy. Ja jednak tę historię opowiadałam już wielu ludziom w różnych sytuacjach, więc konfrontacji z widzem nie boję się tak bardzo. Ciekawa i przedziwna była ta praca.  
-Teraz nowy sezon w Teatrze Powszechnym, mnóstwo premier. W czym będziemy mogli Panią zobaczyć?
-8 października odbędzie się premiera "Czego nie widać". To farsa w reżyserii Tomasza Dutkiewicza. Nie zdradzę kogo będę tam grała. Od października wraca "Pamiętnik narkomanki". Po ponad 100 spektaklach miałam sporą przerwę i bardzo się cieszę na ten powrót, bo bardzo lubię to grać. Na pewno "Siostrunie", "Carmen Latina", mój ukochany "Skrzypek na dachu", "Tajemniczy ogród". Ale teraz szczególnie zapraszam na "Czego nie widać". Kto przyjdzie ubawi się setnie. Przed nami wciąż dużo ciężkiej, trudnej, ale bardzo ciekawej pracy. Zapowiada się niezła zabawa i sądzę, taką mam nadzieję, że widz wyjdzie z teatru z brzuchem bolącym od śmiechu.

komentarze Czytelników (0)

Dodaj komentarz:


max: 500 znaków
ilość: 0 znaków

Towarzystwo Inicjatyw Wydawniczych w Radomiu, Tygodnik Radomski, 26-600 Radom, ul. Żeromskiego 75

Wdrożenie, opieka techniczna: www.zaginionestudio.pl