Reklama
Towarzystwo
Inicjatyw Wydawniczych
w Radomiu
Czwartek 23 luty 2012
Damiana, Romany, Florentyna
2011-06-22 20:33:00, autor: Marek Mioduszewski
Miałem w tamtych dniach raptem 25 lat, człowiek niby już był żonaty, ale ciągle jeszcze młokos. Nie żeby tam w głowie jakieś fiu – bździu, ale nie myślało się wtedy dalej jak na kilka miesięcy do przodu. Raz, że młodość, a dwa że nie bardzo były wtedy jakieś perspektywy, wspomina radomski czerwiec 1976 roku pan Leszek.
Poprzedniego dnia dosyć długo siedziałem przy imieninowym stole, wiadomo imieniny Jana były. Imieniny jak imieniny, ciepło, okna pootwierane i słychać że nie tylko jeden Jan świętował w naszym bloku. Tego dnia pokazywali w telewizorze obrady sejmowe i ten cały Jaroszewicz o tych podwyżkach cen mówił. Coś tam się przy biesiadnym stole nawet na ten temat pogadało, ale jakoś tak nie za bardzo. Potem zwyczajnie jak to na imieninach, tyle że z alkoholem delikatnie, bo rano przecież do pracy.
Pracowałem wtedy w Społem i miałem tak, że w pracy tego dnia mogłem być dopiero na 10.00. Idę więc sobie spokojnie przez „Żeromkę”, ale do roboty już nie dotarłem... Na skrzyżowaniu koło ZEOW zobaczyłem jakiś pochód. To byli ludzie z „Waltera” i z innych zakładów, którzy szli pod Komitet. Najlepsze, że na skrzyżowaniu stał milicjant z „drogówki” i zatrzymywał ruch, żeby żaden samochód nie wpadł na robotników. Ale nie pobył na tym skrzyżowaniu długo, bo szybko wsiadł na motocykl i odjechał. A ludzi robiło się coraz więcej i gromadzili się pod Komitetem. Było ich już naprawdę sporo, tłum cały. Mówiło się o podwyżkach, że to granda, że tak nie można, że nie wystarczy z pensji i tak dalej. Ale i w tym coraz większym tłumie pod gmachem Komitetu ludziska sobie też, przynajmniej na początku, żartowali. Ktoś wspominał, że to budynek co do Lasów Państwowych należał jeszcze przed wojną, a teraz należy do PZPR. I że nie musieli wcale tego dawnego napisu zasłaniać na budynku, mogli tylko pierwszą literę skuć i było by dobrze: Asy Państwowe...
Jakoś tak koło południa wyszedł do ludzi sekretarz Adamczyk. Bez marynarki i krawata, w koszuli białej stanął w drzwiach do budynku przed tym tłumem coraz bardziej wzburzonym. Ja rozumiem towarzysze wasze wzburzenie, mówił, jest jeszcze wiele draństwa i niesprawiedliwości, ale trzeba to spokojnie, towarzysze... Pomyślałem sobie wtedy, że nie chciałbym być na jego miejscu, bo tłum coraz groźniej pomrukiwał, a z tyłu, zza pleców innych obraźliwe i głośnie krzyki już leciały. Kilka par rąk się wysunęło zza moich ramion i chciano sekretarza tarmosić. Za koszulę ktoś go złapał i ciągnie w tłum. O rany, pomyślałem, jak go złapią, to jatka będzie! Stałem w pierwszym szeregu i widziałem jego twarz z bliska, z bardzo bliska i strach zobaczyłem w jego oczach. Taki zwierzęcy strach i te ręce co go chciały chwycić. Złapałem wtedy pod pachę stojących po moich obu stronach facetów i zaparliśmy się z całych sił, biorąc tych za nami na plecy, żeby nie zrobili Adamczykowi krzywdy. Nikt się z nikim nie umawiał, ale ci co stali obok mnie pomyśleli pewnie tak samo. Jak mu zrobią krzywdę to milicja się będzie mścić. I tak to sekretarz ocalał i zniknął w budynku .
Pamiętam, że potem ludzie zaczęli wchodzić do środka. Najpierw nieśmiało tylko na parter, ale potem już i na piętra. Nie zaglądali do pokojów, tylko tak po piętrach łazili. Oglądali obrazy, wykładziny, boazerie... Korzystali z okazji, bo rzadko kto był w Komitecie w środku. A przed drzwiami do pokoju wojewódzkiego sekretarza Prokopiaka zaczął się coraz większy tłum zbierać na korytarzu. Już przecisnąć się prawie nie można było. Ale co jakiś czas ktoś przez ten tłum się przeciskał, drzwi uchylał i jakąś legitymację pokazując do środka wchodził. Stałem akurat tuż przy drzwiach, kiedy facet otworzył drzwi i powiedział, że sekretarz Prokopiak będzie dzwonił do Warszawy i że prosi trzy osoby jako świadków tej rozmowy do środka. Wszedłem i jeszcze dwóch mężczyzn ze mną. W gabinecie było kilka osób w garniturach, a Prokopiak bez marynarki, w koszuli stał tyłem do nas i telefonował. Są tu towarzysze z tej grupy pod Komitetem, ludzie nie zgadzają się na podwyżki, są niezadowoleni, mówił do kogoś przez telefon. Później już tylko słuchał i powtarzał: tak jest, tak jest, oczywiście... Jak odłożył słuchawkę to powiedział, że za godzinę będzie decyzja w sprawie podwyżek. Potem przez okno przemówił krótko do ludzi na dole, że trzeba poczekać, że prosi o spokój i że odpowiedź będzie za godzinę. I rzeczywiście uspokoiło się. Skończyły się okrzyki: My chcemy chleba! I takie tam inne, a ludzie posiadali na trawnikach i czekali. Ja też na dwór wyszedłem. Było naprawdę spokojnie, tak powiedziałbym nawet piknikowo. Była 13.00, wszyscy spokojnie czekali do 14.00 i... nic! Nie było żadnej odpowiedzi. Zaczęło się na nowo robić coraz głośniej i ludzie weszli znów do budynku. Ktoś krzyknął, że Prokopiaka nie ma już w środku i to rozwścieczyło tłum. Widziałem, stojąc już na ulicy, jak wynosili ze środka puszki, chyba z bufetu. Jakiś młody człowiek dumnie niósł całą garść sztućców. Poleciała wybita szyba, potem następna... Z okien wyrzucano jakieś sprzęty, a potem pojawił się dym...
Doszedłem do wniosku, że nic tu po mnie i postanowiłem zobaczyć co się dzieje w mieście. W tamtym czasie, na rogu ulicy Żeromskiego i Focha, był duży społemowski sklep spożywczy. Wchodziło się drzwiami z rogu. Dotarłem tam tuż przed tłumem, który szedł od strony Komitetu przez Żeromskiego i rozbijał sklepy. Składający się z samych kobiet personel sklepu zamknął drzwi od środka, bo panie naiwnie myślały, że to pomoże. Ten sklep nie miał tylnych drzwi, więc nie można było się nawet ewakuować na podwórko. Stałem za ladą, kiedy rozbito szyby w drzwiach i ludzie wpadli do środka. Przerażone ekspedientki wpadły do pokoiku na zapleczu i tam przycupnęły. Do końca życia będę pamiętał jedną taką „pańcię” z mnóstwem złotych pierścionków na palcach, którą widziałem jak się darła pod Komitetem, że chce chleba. Ale jak wpadła do sklepu przez rozbite drzwi, to nie brała chleba czy cukru, który miał podrożeć, ale złapała kilka butelek wina i parę tabliczek czekolady. Stałem ciągle za ladą, tuż obok tego zaplecza z umierającymi ze strachu ekspedientkami. Znały mnie, więc nie obawiały się z mojej strony niczego złego... Bały się tego tłumu szabrującego z regałów... Ze zdziwieniem stwierdziłem, że nikt nie interesował się pieniędzmi. A dwie sklepowe szuflady pełne były utargu. Nie niepokojony przez nikogo wysunąłem najpierw jedną z nich i zaniosłem na zaplecze. Po chwili to samo zrobiłem z drugą. Sklep opustoszał już, podobnie jak jego półki, więc pani kierowniczka zsypała ocalone pieniądze w dwie wielkie torby z szarego papieru i razem z jeszcze jedną panią poszły zanieść je do biura na ulicy Sienkiewicza.
Do pracy już nie było sensu iść, bo w mieście trwało w najlepsze rozbijanie sklepów. W powrotnej drodze do domu widziałem rozbite witryny jednej z księgarń i serce mnie bolało, jak zobaczyłem porwane na strzępy książki. Bynajmniej nie „Dzieła Lenina”, „Kapitał” czy jakieś inne polityczne bzdety, ale „Stara baśń”, „Krzyżacy” i bajki dla dzieci. Na rogu ulic 1-go Maja i Żeromskiego, przez rozbite okna sklepu z odzieżą widać był puste wieszaki, a na jednym z nich jakiś dowcipniś powiesił stare, zdjęte z siebie ciuchy. Dowiedziałem się potem, że szybko go milicja znalazła, bo zapomniał dowodu osobistego wyjąć z kieszeni starych portek.
Komitet płonął już w najlepsze, a wśród tłumu przyglądających się na temu dziwowisku gapiów sporo było matek z dziećmi w wózkach czy na ręku. Zupełnie jak przy wypadku na ulicy. Zobaczyłem jeszcze jak z obu stron ulicy 1-go Maja podjechały pod Komitet oddziały milicji. Milicjanci mieli hełmy, tarcze i długie pałki. Obok jechały armatki wodne i łaziki z wyrzutniami granatów z gazem łzawiącym. To był dla mnie wyraźny sygnał, że pora zmykać do domu. Ze zdziwieniem zauważyłem jeszcze, że gapiące się na to wszystko mamuśki z dziećmi stały dalej na chodnikach, tuż obok właśnie rozwijających się pod Komitetem milicyjnych szpalerów...
Co było dalej? Wiadomo, pisano i mówiono już o tym tyle, że pewnie wszyscy to wiedzą. Po co to panu, panie reaktorze opowiadam? Bo tych „kombatanckich” historii z wydarzeń tamtych dni jest aż nadto. A od tej strony nikt jeszcze o czerwcu 1976 roku nie mówił. Bo protest był i przyniósł skutek. Chwała tym co protestowali w „Walterze”, „Radoskórze”, „Termowencie” czy ZNTK. Do tego trzeba było w tamtych czasach mieć jaja. I chylę czoła przed tymi co przeszli „ścieżki zdrowia” i inne szykany. Ale były też inne wydarzenia tamtych dni, jak chociażby płonący kiosk z gazetami w Parku Kościuszki, który podpalono kiedy jeszcze w środku siedziała kioskarka... Taki radomski czerwiec 1976 roku też pamiętam.
| 2011-09-30 09:49:00 | January Po ilości wpisów widać, że radomski czerwiec wszystkim kalafiorem wisi! Tylko nie politykom! |
|---|---|
| 2011-09-10 16:51:00 | Patalong Kulfon; masz 100 proc. rację. Zlodzieje sa bohaterami! |
| 2011-08-10 19:10:00 | Kulfon Wtedy byli szabrownikami a dzisiaj są bohaterami. Ot co! |
| 2011-06-26 16:43:00 | dzis Dzis tysiace bezrobotnych pracuje dla Warszawy, dzieki temu stolica gospodarczo sie rozwija, a my w Radomiu? Dlaczego dzis nie ma zakładów, firm, iwojewództwa radomskiego? |
| 2011-06-26 16:41:00 | dzis Ale cóż, dzieki nam, dzieki naszej biedzie w statystykach, Warszawa uzyskuje środki z Unii Europejskiej i buduje się u siebie, nam zostaje nic. To my pracujemy na bogatą Warszawę, a my powinniśmy być województwem Radomskim i juz. Media radomskie powinny to nagłośnić |
| 2011-06-23 20:41:00 | Janek Zapamiętalem tlum i zlodzieji wynoszących z rozbitych sklepów co się dalo. Utkwil w pamięci widok staruszki, która dżwigala ze sklepu agd (rog 1 Maja i Slowackiego) dwa odkurzacze. Przechodząc przez plot jeden przewód z odkurzacza zaczepil się o stalowy pręt. Staruszka machnęla ręką i tylko z jednym odurzaczem dala nura w podworko. Widzialem też panów i panie przymierzających w "mojej" klatce schodowej skradzioną garderobę i wymianę jej między innymi szabrownikami... |
Dodaj komentarz:
Towarzystwo Inicjatyw Wydawniczych w Radomiu, Tygodnik Radomski, 26-600 Radom, ul. Żeromskiego 75
Wdrożenie, opieka techniczna: www.zaginionestudio.pl