Reklama
Towarzystwo
Inicjatyw Wydawniczych
w Radomiu
Piątek 18 maja 2012
Eryka, Aleksandry, Feliksa
2011-02-20 14:19:00, autor: Klaudia Kornacka
Jest zagorzałym miłośnikiem przyrody, organizuje akcje charytatywne i pomaga potrzebującym, a dwa lata temu spełniło się jedno z jego największych marzeń – otworzył swój teatr. Większość osób jednak zapewne kojarzy Emiliana Kamińskiego jako postać Jerzego Bociana z serialu „U Pana Boga w ogródku” czy Wojciecha Marszałka z „M jak Miłość”.
Konsekwentnie Pan dąży do swoich celów i je realizuje.
– Tak, taki mam zwyczaj.
A czy przez to postrzega Pan siebie jako prawdziwego mężczyznę?
– Ejj no, a co to jest prawdziwy mężczyzna?
Ktoś, kto potrafi postawić na swoim, dąży do wyznaczonych celów.
– Nie będę siebie oceniał jako prawdziwego mężczyznę, półmężczyznę, czy ćwierćmężczyznę. Ocenę zostawiam innym. Ja po prostu dążę konsekwentnie do osiągnięcia celów, które sobie wyznaczam co pewien czas.
A jaki jest Pana stosunek do kobiet? Jak się Panu pracuje z kobietami?
– O wiele więcej wymagam od mężczyzn i jestem dla nich surowszy. Kobiety i dzieci traktuję w inny sposób.
Ale chyba nie dlatego, że kobiety są infantylne?
– Świat kobiet jest naprawdę innym światem. Moim zdaniem lepszym.
Jak Pan poznał swoją żonę? Kto kogo poderwał?
– To może złe słowo, bo my pracowaliśmy razem i w pewnym momencie zaczęło się wzajemne zainteresowanie. Chociaż pamiętam ten „moment”, czyli strzał Amora. Oprócz miłości i wspólnego domu łączy nas też jednoznaczny stosunek do świata i naszego zawodu, aczkolwiek charakterologicznie bardzo się różnimy.
Prowadzą Państwo razem teatr, a podobno małżeństwa nie powinny razem pracować. Nie przeszkadza to Państwu?
– To jakaś bzdura następna, jakiś…
Stereotyp?
– Tak, stereotyp. Tak jak ten, że mężczyzna powinien drzewo posadzić, mieć syna, dom.
Tak, ale chyba zawierają ziarnko z prawdy?
– Wszystko zależy od tego, co ludzie mają i czują do siebie. Odwrócę to pytanie – co dobrego jest w tym, że się nie przebywa?
Niektóre osoby potrzebują samotności.
– No ale to przecież będąc we dwoje też można poprosić o chwilę samotności. „Przepraszam Cię, ale przez godzinę muszę pobyć sam”. A ona mówi: „Tak, absolutnie”. Często spotykam się z takim założeniem, że jeśli małżeństwo, to najpewniej powinien być konflikt. Albo niektórzy pytają: „No jak to, nie zazdrościcie sobie jako aktorzy?” Ale dlaczego mamy sobie zazdrościć? Czyli ktoś zakłada, że zazdrość jest podstawowym motorem w aktorstwie, co jest nieprawdą. Na pewno jest nieprawdą w naszym przypadku, bo ja nie mam w zwyczaju czegokolwiek zazdrościć. Po prostu robię swoje.
Mnóstwo czas Państwo poświęcają na działalność charytatywną.
– Tak, ale tu trzeba powiedzieć, że my tak, ale także nasi pracownicy. Ja mam pomysł, ale oni to organizują. Np. wymyśliłem „Dzień bez traumy”, ale zrobiła to Justynka i moi wspaniali pracownicy. Proszę nie przeceniać tu mojej osoby. Teraz też będziemy mieć w ferie kolejny „Dzień bez traumy”, bo to jest świetne. Rano przyjeżdżają dzieci o smutnych oczach, a wyjeżdżają wieczorem szczęśliwi, mali ludzie, którym dany był kawałek ładnego świata. Uważam, że to jest dobry pomysł i będę go realizował. Z Radomia i okolic też zaproszę dzieci z sierocińców czy z domów opieki. Serdecznie zapraszamy, żeby się do nas zgłaszać.
A czym się różni Teatr Kamienica od innych warszawskich teatrów?
– Jest to teatr towarzyski, bardzo związany z Warszawą, w warszawskim miejscu. Teatr, gdzie widz jest witany, żegnany, gdzie może zostać. Repertuarowo też jest wachlarzowy. Bardzo patrzę na widza. Helmut Kajzar, mój wspaniały majster mówił mi: „Wąchaj czas”. To jest bardzo ważne zdanie. Czyli patrzeć, co temu pokoleniu, które jest w tej chwili, potrzeba. Na przykład po tych wszystkich nieszczęściach, jakie w roku poprzednim spotkały Polskę pomyślałem sobie, że warto by zrobić sztukę, gdzie byłby oddech i śmiech. I zrobiliśmy „I tak Cię kocham”. To był bardzo dobry strzał. Ludzie przychodzą i mówią, że nareszcie odpoczęli. Ale też mamy np. spektakl „Wroniec” według Jacka Dukaja, który był zrobiony na rocznicę stanu wojennego. Robiliśmy to z pełnym zaangażowaniem, żeby ludzie nie zapomnieli, co było 30 lat temu, bo to trzeba wiedzieć. Stąd mamy także „Pamiętnik z powstania warszawskiego”, „Ta cisza to ja”, „Apel katyński”, mieliśmy „Mleko”. To są wszystko spektakle z nurtu obywatelskiego, które są poważne. Ale też są zupełnie inne, ku oddechowi, jak „Testament cnotliwego rozpustnika”, „Dzikus”, czy „Piękne panie i panowie”.
W jednym z wywiadów powiedział Pan, że w przeddzień katastrofy smoleńskiej działy się tutaj jakieś dziwne rzeczy.
– Tak, było dziwnie. 9 kwietnia przyszliśmy z Justynką na próbę „Apelu katyńskiego”, a 12 kwietnia mieliśmy mieć premierę i na widowni miało być kilkanaście osób z tego samolotu. Przychodzimy, a scenografka jest blada, trzech maszynistów też niewyraźnych. Pytam: „Co się stało?” „A krzesło”. W pierwszym rzędzie krzesło zaczęło się ruszać, tak jakby ktoś je podnosił i opuszczał. Kilkakrotnie. I to widziały cztery osoby. Ta Kasia scenografka była przerażona. Mówię: „Spokojnie, to jest jakiś znak”. Potem zaczęliśmy próbę i Justynka, która miała przygotowane swoje kwestie, przestawała mówić, zaczęło ją dławić. Pytam: „Co Ci się dzieje?” Co monolog, ona zamiast mówić, płacze. I w pewnym momencie po prostu zaczęła szlochać. Nawet moja interwencja reżyserska nie pomogła. A to już prawdopodobnie ta pętla czasu zaczynała krążyć. Jest taka teoria, że zjawiska, które się dzieją, albo nasza świadomość wyprzedza, albo jest z tyłu. Potem miałem wywiad następnego dnia rano w telewizji, w TVP Info. I jak zwykle jestem ‘mowny’, czyli nie mam problemów z udzielaniem wywiadów, to dziennikarz miał ze mną trochę kłopotu. Nie byłem w stanie dobrze zareklamować tego spektaklu. I co się potem okazało, że zacząłem wywiad wtedy, kiedy zaczęli kołować, a skończyłem dokładnie w tej samej sekundzie, kiedy spadli. Myśmy potem porównywali czas. Nawet na początku nam się nie zgodziło, a potem okazało się, że oni źle podali czas. Co do sekundy, co do sekundy. Jakaś paranoja. Potem była żałoba i nie wolno było grać. Zagraliśmy później, no i ja nie pamiętam takiej ciszy w teatrze i tylu łez, co na „Apelu katyńskim”. Chciałem, żebyśmy zaśpiewali „Rotę” i przykro mi było, jak ktoś tam mi potem powiedział: „Oj, to takie prawicowe”. Tu stało się straszne nieszczęście, a ktoś jeszcze sobie dopisuje swoją bajkę. Nie lubię tego. Dlatego ten mój teatr jest niezależny i wolny od wszelkiej polityki i powiązań. Oczywiście komentujemy rzeczywistość, bo to jest jedno z zadań teatru.
Kiedyś wspominał Pan, że chciałby Pan otworzyć muzeum międzywojnia.
– No to tak jest. To właśnie się dzieje. Dużo jest w tym aktywności Stanisława Wielanka, ale też współpracujemy przy tej okazji z Mostostalem Warszawa. Prezes „Mostostalu Warszawa” Jarosław Popiołek człowiek o wielkiej kulturze i warsawianista. Pasjonatem Warszawy jest też Andrzej Leśniewski (mimo że Radomianin) człowiek, który od początku jest związany z Teatrem Kamienica. W „Naszej Warszawie” – bo tak nazwaliśmy to nasze małe muzeum - będzie stała wystawa eksponatów związanych z Warszawą, ale będzie to także miejsce spotkań towarzyskich, oczywiście będzie połączona z teatrem. Chciałbym żeby Kamienica była teatrem towarzyskim, jakie bywały przed wojną. Przecież teatr jest dla widzów i przede wszystkim, trzeba o nich pamiętać. Nie mówię, że muszą być w repertuarze same lekkie pozycje. Nie, nie. Muszą być też sztuki poważniejsze, ale uważam, że wszystko musi być czytelne. Awangarda jest dla mnie dobra, ale jak jest zrozumiała. Kiedy odskakuje od rzeczywistości, to jest niedobrze.
Wtedy nie trafia i mija się z celem.
– Teatr to miejsce, które ma żyć tu i teraz. Tak mówili moi majstrowie. Nie kiedyś tam, tylko tu i teraz. I trzeba na to ‘tu i teraz’ wypracowywać modele jak najlepsze. Ale zrozumiałe. Widziałem kiedyś dwa obrazy obok siebie. Była wystawa, byli twórcy. I wziąłem obraz, gdzie były trzy kolorowe kreski, coś tam jeszcze i drugi, cztery kolorowe kreski i coś tam jeszcze. I mówię, ten obraz z lewej mi się podoba. Niby też kreski i kreski, a te kreski jakoś mnie interesują. „Dlaczego one mnie interesują, a tamte mnie w ogóle nie obchodzą?” I byli ci twórcy. Mówię do tego z lewej: „Mam do Ciebie prośbę, czy mógłbyś rękę narysować?” „Ale ludzką, małpią?” „A ludzką narysuj”. Za pięć minut ludzka ręka. Mówię „Aaa… łeb konia?” Łeb konia jest. Zostawiłem to. Aha, to jest ten od tych trzech kresek z lewej, tych co rozumiałem. A do tego drugiego mówię: „Słuchaj, mógłbyś rękę narysować?” „Jak to? ja jestem od abstrakcyjnego malarstwa”. Ja mówię „No tak, ale rękę, przecież warsztat”. Nie, ja się takimi rzeczami nie zajmuję. „A łeb konia?” „No co Ty”. Dlatego ja lewego rozumiałem, bo on wiedział, co znaczą trzy kreski, a prawy nie wiedział, co oznaczają jego kreski. Ten zrobił kreski, a ten namalował obraz. I to jest tak samo z teatrem – ten zrobił spektakl, a ten coś nabazgrolił. I ja staram się, żeby moje spektakle przypominały te kreski z lewej i na spotkanie z nimi serdecznie zapraszam do Kamienicy.
Dodaj komentarz:
Towarzystwo Inicjatyw Wydawniczych w Radomiu, Tygodnik Radomski, 26-600 Radom, ul. Żeromskiego 75
Wdrożenie, opieka techniczna: www.zaginionestudio.pl